Goran Vojnović – Czefurzy raus!
fragmenty
Dlaczego nie mam swojego klubu piłkarskiego
Nie mam swojego klubu piłkarskiego! Ze wszystkiego właśnie to mnie wkurwia najbardziej. Gdybym mieszkał w Belgradzie, kibicowałbym Crvenej Zvezdzie i byłbym Zvezdaszem. Delija od urodzenia do śmierci! Gdybym mieszkał w Sarajewie, byłbym Maniakiem, kibicem Željezničara. A tu jest wszystko po chuju. Olimpiji nie możesz kibicować, jeśli grasz w Slovanie, tak jak ja. A Slovanowi nie możesz kibicować, bo to wiocha. Dupa, nie klub. Mam być Red Tiger? Jasne! I co jeszcze! Piłkarze Slovana grają w D-klasie. A stadion ma tysiąc miejsc stojących. A Olimpija to klub maminsynków. Same murgielskie pedałki tam grają. Oczywiście, że nie kibicuję Olimpiji. Nie zostałbym Green Dragonem za żadne skarby. Nie wiem dlaczego. Cóż, bieda. Pieprzę to. Może naprawdę problem jest w tym, że jestem czefurem. Ale właśnie dlatego, że jestem czefurem, dobija mnie to, że nie mam klubu. Mam to we krwi. Tę potrzebę posiadania klubu piłkarskiego, za który sprałbym każdego, kto pisnąłby o nim złe słówko.
Wydaje mi się, że moim kolegom, Słoweńcom, w ogóle nie przeszkadza to, że nie mają klubu. Mają to w dupie. A mnie to potrafi tak rozpierdolić od środka, że najchętniej bym komuś zajebał. Tej pieprzonej tradycji tu nie ma. Jeśli urodzisz się w Barcelonie, starzy kupią ci dres Ronaldinho, legitymację klubową i w niedzielę jadą z tobą na Nou Camp oglądać derby z Realem, a później całe życie chodzisz na mecze. I jak się ożenisz, chodzisz na mecze z żoną, i później z dziećmi, i później z wnukami i tak dalej. I Barca jest dla ciebie świętością. Jeśli ktoś tylko powie Real albo Ronaldo, lejesz go. Bez dyskusji. Pięści w ruch! A kiedy przyjdziesz do szkoły w dresie Eto’o, jesteś gościu. Jeśli założysz dres Raula, dostaniesz w łeb. Nie tak jak w Słowenii, gdzie jesteś największym frajerem, jeśli przyjdziesz do szkoły w dresie Cimeta. I możesz chodzić przez Prešerec w dresie Mariboru, a nikt nie rozwali ci nosa.
Mój stary, Radovan Đorđić, jest kibicem Zvezdy. Również ja nim byłem, gdy byłem mały, kiedy oglądałem kasety z meczami Radovana, gdy byli mistrzami świata. Stojanović, Radinović, Najdovski, Šabanađović, Belodedić, Jugović, Prosinečki, Savičević, Binić, Mihajlović, Pančev. Oglądałem ich w meczu z Milanem, kiedy było jeden do zera dla Zvezdy i przerwali mecz z powodu mgły, a później w powtórzonym meczu przegrali w karnych. Oglądałem ich w meczu przeciw Köln, kiedy Stojanović doznał kontuzji, a rezerwowy bramkarz Milojević wpuścił trzy bramki w drugiej połowie. A potem w końcu rozwalili wszystkich po kolei i zostali mistrzami Europy. Moja matka, Ranka, opowiadała mi, że u nas w domu to było szaleństwo, pełna chata była. Koledzy ojca, stare czefury. Wszyscy kibicowali Zvezdzie w taki sposób, że spokojnie oglądali mecz, wymądrzali się, a nagle się rozległo: „Pooodaaaaj! No nieee! Ty samolubny skurwysynu! Kurwa twoja mać, ty głupi kretynie! Ty ośle, wypierdalaj! Daj Bóg, żeby ci się nie udało własnej żony stuknąć!”. I później znów wszyscy mądrzy do następnej sytuacji dla Zvezdy. Mój stary jest Bośniakiem, ale właściwie to Serb i od urodzenia kibicował Crvenej Zvezdzie i jeździł kibicować na mecze do Belgradu i Sarajewa. Tylko ja nie mogę być Delija. Nie wiem dlaczego. To wszystko jest skomplikowane, kurwa. Niby kibicuję Zvezdzie, ale żeby to był mój klub, bez sensu. To jest dla Belgradczyków. Jeśli jesteś gościu, kibicujesz klubowi ze swojego miasta. Tylko że Lublana to dziwne miasto.
Może to dlatego, że jestem czefurem. Gdybym był Słoweńcem, u siebie kibicowałbym Olimpiji i pewnie chodziłbym na hokej. Mój tatuś, Janez, spokojnie by usiadł i opowiadałby mi, jak to Olimpija w latach siedemdziesiątych była mistrzem kraju w koszykówce, i jak w osiemdziesiątych zremisowała z Crveną Zvezdą, która była mistrzem świata, i jak później grała z Milanem, i w tym meczu ostatni raz zagrał Marco van Basten, i Olimpija przegrała tylko 3:0. Przecież to jest to. Jeśli raz kibicowałeś klubowi, który był mistrzem świata, nie możesz się przestawić i rajcować remisowymi wynikami, honorowymi porażkami, eliminacjami do Ligi Mistrzów, Pucharem Słowenii i wysokimi zwycięstwami nad NK Beltinci. No kurde, nie da się. Przecież kibicowałem koszykarzom Olimpiji, kiedy byli w Final Four w Rzymie, i kiedy rozmontowali Panathinaikos z Dominique’em Wilkinsem i Kinder z Predragiem Daniloviciem. Później, kiedy zaczęli przegrywać z Krką i Laško, przeszło mi. Nie ma tu tej wrodzonej tradycji. To jest coś czefurskiego we mnie. Albo jesteś najlepszy na świecie, albo temperuj ołówki, jakby powiedział Radovan.
Moi koledzy kibicują Zvezdzie. Dejan kibicuje. I Aco. Tylko że ich starzy są z Serbii. My, Bośniacy, patrzymy na to trochę inaczej. Radovana wkurwiają ci czetnicy , Arkan , Ceca , Gurović z tatuażem Draže Mihajlovicia i to, że zrobili ze Zvezdy klub, który musi tak jak Olimpija grać w eliminacjach do Ligi Mistrzów. Pierdolę to. Dejan owija czerwony szalik kibica wokół szyi i podpala się na meczach Zvezdy z Finami, Węgrami, Estończykami i innymi patałachami. Aco podpala się tylko na Chorwatów, a ja tylko na Niemców. To mi zostało po tym koledze ojca, który kiedyś przeszedł z zagrzebskiego Dinama do Zvezdy i potem tłumaczył, jak różne są to kluby i ludzie w nich. Kiedy w Zagrzebiu przygotowują się przed losowaniem Ligi Mistrzów, niezręcznie przebąkują: „Wiecie chłopcy, jak byłoby fajnie, gdybyśmy nie trafili na tych Niemców już w pierwszej rundzie. Może byśmy przeszli do drugiej rundy. Tylko żeby nie było Niemców”. W tym samym czasie w Zvezdzie nadymają się: „Tylko żebyśmy trafili na Niemców, wyjebiemy im starą jak w czterdziestym piątym, kurwa ich szwabska mać. Pięć bram im wjebiemy!”. Nie to, żeby wówczas Niemcy rozsypali się każdy po kolei, tylko oczywiście szanse są większe, jeśli podchodzisz do meczu z jajami. I mnie to rajcuje. Pierdolę mecz, do którego podchodzisz z kalkulacją, że sukcesem będzie już minimalna porażka. To nie jest mentalność. Dlatego czasem jak się zbierzemy – Aco, Dejan i ja, i jeszcze wyciągniemy Adiego, rajcujemy się jugoreprezentacją. My mamy swojego boga, to jest Dejan Bodiroga! Koszykarzom kibicujemy razem, ale nie mogę kibicować siatkarzom, piłkarzom wodnym i innym dupkom. Piłka nożna i koszykówka. Może jeszcze piłka ręczna. Cała reszta jest bez sensu.
Fužiny powinny mieć swój klub piłkarski. To by była jazda. Przecież jest nas dwadzieścia tysięcy. Z nielegalnymi trzydzieści tysięcy. Nie licząc narkomanów. FC Fužiny. Bo to jest cool. Albo kibicujesz wielkiemu klubowi, który walczy o tytuł mistrza świata, albo małemu, wiejskiemu, podwórkowemu, który przegrywa wszystkie mecze, i wszystko razem to niezły żart, i na meczach zbiera się stu mądralińskich, i po każdym meczu kogoś załatwią, i wszyscy się nawalą. Lublana jest gdzieś pomiędzy miastem i wsią i jej kluby są gdzieś pomiędzy dobrymi i nijakimi. FC Fužiny byłoby rozwiązaniem. Na to by się dało chodzić. Fužiny rulez!
Przecież już przez jakiś czas wyglądało na to, że będziemy mieli swój klub. Starzy regularnie, w każdą niedzielę, przynosili siatki na boisko i się grało. Przy boisku emeryci grali w szachy, ktoś przywiózł cały bagażnik piwa, trybuny były pełne dzieciarni i tych dorosłych czefurów, którzy nie mogą grać w piłkę, bo mają wodę w kolanie i podobne gówna. A przede wszystkim nigdy nigdzie nie było widać żadnej kobiety i nie było słychać żadnego słoweńskiego słowa. Jedynie listonosz Matej grał, a wszyscy wołali na niego później Słoweniec, bo był jedynym, który nie był czefurem. Z tego powodu na naszego stróża Vlada wołali Tuđman Bo był ze Slavonskiego Brodu. Pierdolić to, że nie był Chorwatem. A na Smajlagicia wszyscy wołali Janša , bo raz demonstrował, żeby Janšę wypuścili z kicia. I się grało. To naprawdę była zabawa. My chodziliśmy to oglądać i śmialiśmy się z uwag starych. Najśmieszniej oczywiście było, jak się słyszało tych, którzy trochę nauczyli się słoweńskiego, a zapomnieli trochę czefurskiego i teraz mówili jakąś mieszanką. Po fužińsku. Więc padały uwagi: „Podaj mi piłka! Skręciłem sobie kostko! Szczypie mnie w płecy!”. A oprócz tego jeszcze te wszystkie nazistowskie i rasistowskie przekleństwa, które w śmiechu wyrzucali z siebie wszyscy ci stróżowie, hydraulicy, szoferzy, konduktorzy, budowniczowie i inni fužińscy czefurzy, którzy wszyscy po kolei mieli w sobie społeczno-polityczne konotacje dawnej wspólnej przestrzeni: „Strzelaj, Słoweniec! Jebała cię w usta Milka Planinc ! O, ty kurwo ustaszowska ! A wy, Bośniacy, jesteście głupi czy ślepi? Sam stoję przed bramką, a ty mnie nie widzisz!”.
A potem wszystko szlag trafił. Nawet już w szachy nie grają ci inwalidzi. Nie ma już opcji FC Fužiny. NK Olimpija też się rozpadła i już jej nie ma. To i tak jest całkiem komiczne. Wyobrażacie sobie, żeby się rozpadła Barca? Albo Bayern? Albo Liverpool? Ludzie wyszliby na ulice, byłyby demonstracje. Rozwaliliby parlament. Za jaja powiesiliby wszystkich za to odpowiedzialnych. Ale nie tutaj. Znika największy klub piłkarski w kraju i nikomu nie spadł nawet włos z głowy. Ale gdyby zamknęli filharmonię, wszyscy artyści by gdzieś poszli i mądrzyli się o tradycji, kulturze i nie wiem czym jeszcze. A jak spieprzysz klub, przeciw któremu Marco van Basten rozegrał ostatni mecz, nie ma problemu. Przecież to tylko sportowcy. Głupi, niewykształceni, niekulturalni. Przecież i tak tylko czefurzy grają w piłkę nożną. A wszyscy mają krótkie i krzywe nogi. To jest ta pieprzona mentalność. Brak szacunku. Jak ma się człowiek fascynować czymś, czym wszyscy gardzą? A potem plotą jakieś bzdury o asymilacji. To wymaga czasu. Przyjeżdżają robotnicy z byłej Jugosławii i oni mają się zachwycać Prešernem i Cankarem. I co jeszcze. Jakby się u siebie zachwycali swoimi poetami. Ja bym się chętnie zachwycił klubem piłkarskim. Ale nie mogę. Właśnie. I później moja słoweńska część tożsamości cierpi. Czefurska również. Jak mam się zasymilować i stać się niby jakimś Słoweńcem, skoro nie mam klubu piłkarskiego. Nie da się. I to mnie wkurwia.
Dlaczego czefurzy puszczają muzę w samochodzie
Dzięki temu, że Adi dostał klucze od samochodu, żeby go odwieźć na parking, możemy jechać na przejażdżkę do miasta. A Mirsad szybciutko przeleci Samirę. Żeby potem miał spokój.
Meraś Mirsada oczywiście śmierdzi pieprzonymi choinkami. Model ma osiem choinek w samochodzie, a każda wali tak, że nie możesz oddychać. Plus to, że czefur ma w samochodzie kaseciaka. Przecież nie możesz mieć w merolu kaseciaka. Gdzie to widziałeś. To jest tylko dlatego, że Mirsad ma jakieś stare kasety Lepej Breny i Dragany Mirković , a nie chce kupić CD-playera, bo nie mógłby słuchać tych kawałków. A tego, że możesz ściągnąć wszystkie Lepe Breny z internetu w pół godziny, on nie przyjmuje do wiadomości. A co Mirsad wie o internecie. Kasety wciąż jeszcze są dla niego cool. I przewijanie i tak dalej.
Zawsze, jak Adi dostanie samochód, wciskamy się do środka i wrzucamy muzę na full, i wozimy się po Fužinach, trąbimy i tak dalej, a potem jedziemy do miasta. To jest szaleństwo. I tak nie możemy rozmawiać, bo wszystko się trzęsie, bo muza tak daje, że wszystko trzeszczy. Ale cool jest widzieć, jak wiara patrzy, jak przejeżdżasz i zapodajesz najbardziej czefurskie kawałki.
– Wszystko się trzęsie w moim mercedesie!
Jesteśmy najwięksi, najwięksi. Jesteśmy cyganami, cyganami. Coś jest w tym puszczaniu muzy w samochodzie, z otwartymi szybami, z powolną jazdą, z wszystkimi tymi numerami. Najlepszą zabawą jest widzieć ludzi, którzy wywracają oczami. Bo wiesz, że im ta muza nie pasuje, że wykończyliby nas albo wysłali z powrotem do Bośni, dlatego jedziesz dziesięć na godzinę po mieście i puszczasz Mile Kiticia, żeby wszyscy cię słyszeli.
– Blond cyganko! Blond cyganko! Ty skróciłaś swoje włosy krucze, całe miasto dziś od plotek huczy. Blond cyganko! Blond cyganko!
Co jest? Twoja mać! Co się gapisz? Chcesz w łeb? Nikt nie może ci nic zrobić, możesz być mądry i możesz być czefur, czy im pasuje czy nie. W samochodzie nie musisz się zastanawiać, co ludzie myślą o tym, że jesteś czefurem. Przejeżdżasz i masz wszystko w dupie. Nie wiedzą, kim jesteś, nie wiedzą, gdzie mieszkasz, jak się nazywasz, nic nie wiedzą. Coś nie jest jasne? Jak się nie powstrzymam, to pięści pójdą w ruch. Jesteś silny. To jest to. Nie ma wstydu i nie boisz się, że ci ktoś coś wygarnie, a jeszcze mogą być dobre jaja. W ogóle jak jedziesz przez Prešerec i pytasz ludzi, gdzie jest Plac Prešerna. Albo jak widzisz jakąś naprawdę grubą kobietę.
– Ciooociuuu! Dlaczego jesteś taka gruba? Będziesz miała dziecko?
– Małaaa! Ale jesteś ładniutka! Jak Boga kocham! Pójdziesz ze mną na burek?
– Pedale! Ej, pedałku! Chcesz chuja w dupę?
I jedziesz dalej. A ludzie wywracają oczy. Nie masz takiego głupiego uczucia, jak wtedy, kiedy cię pytają, czy Đorđić jest z miękkim czy z twardym č, skąd pochodzą twoi rodzice albo jak nauczycielka słoweńskiego przed całą klasą oznajmi ci, że w eseju używasz kroatyzmów. Jakie kroatyzmy, jebał ci Ćiro Blažević mamusię. Bośniacyzmy, a nie kroatyzmy.
Nie ma tego. Ty tylko powoli jedziesz po mieście i zapodajesz narodnjaki. Chuj wam wszystkim w dupę. Wszyscy wy, którzy na nas patrzycie, jakbyśmy uciekli z ZOO i wywracacie oczami, i myślicie, dlaczego ich wszystkich nie wykurzyliśmy, a nie tylko osiemnaście tysięcy. Dla was wszystkich zapodajemy te nasze kawałki na full i wozimy się po mieście, i was prowokujemy. Patrzcie, patrzcie, piękniejszych jeszcze długo nie zobaczycie. Wypieprzę wam waszą mamuśkę.
– Zbrojenie wyciągasz ze szczęścia fundamentu, nikt mi nie odbierze takiego diamentu.
Dejan jest najostrzejszy. Jego mama jest Słowenką i najbardziej się wczuwa, i wychyla się z okna, i wykrzykuje czefurskie kawałki. Aco steruje muzą i zmienia kasety Mirsada, Adi kręci kierownicą z zimnym łokciem, a ja śmieję się ludziom w oczy.
– Proszę pani, zgubiłem zebrę, taką afrykańską, w prążki. Widziała ją może pani? Właśnie przechodziła? Jak to nie? A pani wie, co to jest zebra?
To jest najlepsza zabawa. Jedziesz sobie merolem i robisz sobie jaja. To jest życie, a nie jazda na nartach, badmintony, sauny, bowlingi i te słoweńskie wsiowe zabawy. I Nuše Derendy i Saše Lendero.
– Przyjacielu Đemo, jadę do San Remo, przypilnuj mi Faty, gdy śpiewam sonaty!
To jest zabawa.